Pierwszy raz w Tunezji

Pierwszy raz w Tunezji

Nasze wakacje last minute. Piewsza poważna podróż przed nami. Lot z Katowic do Monastiru trwa niecałe trzy godziny. Jeżeli doliczyć czas potrzebny na odprawę i dojazd na lotnisko, podróż wydłuża się nawet do sześciu godzin. Do pyrzowickiego lotniska dojeżdżamy piękną, dwupasmową drogą, która przypomina dojazdy do amerykańskich baz wojskowych z hollywoodzkich filmów sensacyjnych. Zaraz za bramą wita nas potężny parking dla wylatujących. Przed parkingiem stoi budynek terminalu. Zanim zaczniemy odprawę udajemy się do stanowiska naszego biura, gdzie otrzymujemy resztę potrzebnych nam dokumentów: bilety i czeki podróżne. Następnie czeka nas nadanie bagażu. Serce zaczyna szybciej bić, kiedy kładziemy mocno upchane walizki na wagę. Czy nie przekroczą maksymalnej wagi 20 kg? Chwila prawdy mija szybko - 19,8 kilo. Domowa waga jednak nie kłamie. Na następnej bramce czeka nas spotkanie z celnikami; szybka kontrola zdjęć w paszportach, pieczątka i po chwili znajdujemy się w strefie bezcłowej. Teraz czekamy około godzinę na wylot.

Oczekiwanie na samolot umila nam piękny widok na startujące i lądujące olbrzymie maszyny. Tu przegapiamy ostatnią szansę kupienia dobrego alkoholu w strefie bezcłowej. Klamka zapada kiedy wsiadamy do autokaru, który ma dowieźć nas do samolotu. Teraz już nie ma odwrotu, trzeba polecieć. Lekko drżącą stopą wchodzimy po schodach do samolotu. Zajmujemy nasze miejsca. Stewardessa przeprowadza krótkie szkolenie ratownicze, pokazuje jak zakładać kamizelkę. Po chwili zapalają się lampki sygnalizujące zapięcie pasów, a samolot zaczyna się poruszać. Czując to, przełykamy nerwowo ślinę. Ustawienie na pas trwa chwilę, po czym odzywa się kapitan. Po krótkim "takeoff", które słyszymy w głośniku, samolot zaczyna gwałtownie przyspieszać, aż nagle odrywa się od ziemi. Ogromna siła wbija nas w fotel, w kabinie słychać pojedyncze piski dzieci i kobiet. Wznoszenie na pułap trwa około 20 minut. Nie mijają trzy godziny, kiedy lądujemy na lotnisku w Monastirze. Wychodzimy z samolotu, uderza nas ogromny gorąc. Temperatura sięga 35 stopni. Po krótkim oczekiwaniu na bagaż, w lotniskowym kantorze wymieniamy dolary na dinary. Po odnalezieniu stanowiska naszego biura udajemy się do autokaru, który zapewni nam transfer do hotelu w Hammamecie.

W czasie przejazdu naszą uwagę zwracają idealne, równe betonowe drogi, które pod żadnym względem nie ustępują jakości tym, po których mieliśmy okazję jeździć w Niemczech, Austrii czy we Włoszech. Po tym doświadczeniu pozostaje dochodzimy do wniosku, że Polacy mimo wejścia do UE pod względem dróg nadal są sto lat w tyle za Murzynami. Krajobraz wokół przypomina chwilami Dziki Zachód; tylko droga i pustkowie po bokach. Pewnie dlatego producenci „Gwiezdnych Wojen” zdecydowali się na zdjęcia właśnie w tym kraju. Zanim dotrzemy do naszego hotelu, czeka nas jeszcze parę postojów w innym hotelach, przepięknie położonych w centrach kurortów. Po wejściu do holu hotelu rzuca się na nas chmara animatorów chętna do pomocy w noszeniu bagaży do pokoju. Teraz czeka nas najważniejszy moment naszej podróży, który może zaważyć o jakości naszego pobytu - zakwaterowanie. Już w kolejce słyszymy, że zostały same pokoje wychodzące na ulicę, nie ma tych z widokiem na basen. Na ogromną śmieszność narażają się Polacy, którzy, porozumiewając się na migi, usiłują wymienić pokoje na inne. Z litości moja dziewczyna pomaga dogadać się recepcjonistce, która we wszystkich językach próbuje im wyjaśnić, że zostały tylko pokoje z widokiem na ulicę. W ramach wdzięczności i szacunku osób, które znają język francuski przemiła recepcjonistka oferuje nam wspaniały pokój w najnowszej części hotelu z widokiem i bezpośrednim wyjściem na basen. W pokoju hotelowym wita nas zbawienny chłód klimatyzacji i pięknie zaścielone łoże usłane kwiatami. Drugiego dnia naszego pobytu wybieramy się na zwiedzanie okolicy.

Po kilku kwadransach naszego spaceru w skwarze trafiamy na obiad do nadmorskiej restauracji, gdzie przemili kelnerzy nienaganną francuszczyzną obsługują turystów. Wybierając nasze pierwsze danie postępujemy jak standardowi turyści z Polski, którzy znają tylko hamburgery, pizze i hot-dogi. Zamawiając pizzę popełniamy pierwszy poważny błąd tego dnia - pizza z szynką wypiekana jest z klasycznymi wędlinami tunezyjskimi, przypominającymi naszą mortadelę. Jest to jedyny rodzaj wędlin jakie udaje nam się znaleźć w tym regionie - podobne serwowane są w hotelu i dokładnie takie same widnieją na plakatach reklamowych, półkach w sklepach. W czasie spaceru moją uwagę przyciągają samochody europejskich marek, których wcześniej nie widziałem w Europie, na przykład nowa wersja Fiata Siena wyprodukowana na Afrykę Następnego dnia wybieramy się do centrum Hammametu. Można się tam dostać na wiele sposobów: taksówką, autobusem lub pieszo. Wszechobecne, żółte taksówki są droższe i przeważnie łatwo zostać oszukanym na kilka dinarów, co jest tutaj nagminne. Podróż autobusem jest bardziej ekonomiczna i pozwala na poznanie folkloru, ale także tutaj łatwo dać się oszukać na pół dinara, co dla miejscowych jest nie lada satysfakcją. Bogatsi o doświadczenie z poprzedniego dnia omijamy wszelkie tunezyjskie restauracje i wybieramy klasyczną włoską kuchnię. Trafiamy do miejsca gdzie można zjeść przepyszny makaron podany przez taktownego Włocha.

Po obiedzie obowiązkowym punktem są lody. Wędrujemy często brudnymi uliczkami poszukując lodziarni, którą polecano na jednym z polskich for internetowych. Na deptaku zaczepia nas dyskretnie mężczyzna, który łamaną angielszczyzną oferuje nam marihuanę i haszysz. Notabene jest to chyba jedyny nienachalny sprzedawca w Tunezji, który po pierwszym „no thanks” odchodzi bezszelestnie. Podczas przechodzenia obok jednego z typowych tunezyjskich straganów zostajemy wciągnięci do środka przez sympatycznego autochtona, który po krótkiej demonstracji swojego towaru wskazuje nam drogę do pobliskiego targu owoców. Targ przypomina polskie ryneczki sprzed 15 lat: piaszczysta podłoga, skrzynie z owocami, jedna waga i foliowe zrywki, do których wkłada się owoce. To tutaj zaopatrujemy się w najsłodsze i najsmaczniejsze banany jakie jedliśmy w życiu. Do naszej siatki trafia także nieznana nam odmiana płaskiej brzoskwini, której nigdy dotąd nie spotkaliśmy w Europie. Miejscowi nazywają ją "hoh". W smaku przypomina gruszkę. Po wyjątkowych doznaniach, jakie doświadczają nasze kubki smakowe dzięki przepysznym włoskim lodom kupionym we włoskiej restauracji, plażą wyruszamy w drogę powrotną.

Trasa, którą wybraliśmy niesie ze sobą dużo niespodzianek. Ponieważ nie wszystkie plaże są ogólnodostępne, po dojściu do pewnego punktu zostajemy zmuszeni do zejścia na ulicę. Nasz podziw na plaży wzbudzają Muzułmanki, które w swoich długich szatach smażą się w upale. Są też takie, które nie zdejmując odzienia zażywają kąpieli w morzu. Dla nas, Europejczyków, jest to bardzo niespotykany widok. Czas w Tunezji płynie nam bardzo wolno. Po kilkukilometrowym spacerze docieramy do hotelu na obiadokolację. Szwedzki stół obfituje w różne dania i specjały takie jak baranina. Tego wieczoru największą uciechą dla zmęczonego upałem ciała są bogate w wodę arbuzy i melony podawane w nieograniczonych ilościach. Ten dzień kończy się na leżakach pod niebem pełnym gwiazd ułożonych w konstelacjach, jakich o tej porze roku nie widać w Polsce. Następny dzień niesie ze sobą kolejną podróż. Dzisiaj odwiedzamy Nabeul położony około pół godziny podróży z Hammemetu autobusem linii lokalnej. Przejazd kosztuje 0,7 dinara. W poszukiwaniu rajskiego ogrodu Tunezji spacerujemy po niezwykle brudnych uliczkach, wśród rozwydrzonych miejscowych natrętów. Jesteśmy rozczarowani i nie czujemy się tu bezpiecznie, głównie ze względu na nachalność sprzedawców.

Schronienie odnajdujemy w klimatyzowanym lokalu, gdzie część dla niepalących to trzy stoliki, biorąc pod uwagę, że sala ta mogłaby pomieścić ich piętnaście. Niestety w Tunezji istnieje ogromna moda na palenie papierosów i przyzwolenie. Młodzi ludzie traktują tytoń jakoś źródło witaminy C. , Zamówiona lasagna bardzo nam smakuje, zwłaszcza popijana Fantą, która ma tutaj bardziej pomarańczowy smak i barwę przypominającą bardziej europejską Mirindę. Dziś próbujemy również piwa. Można odnieść wrażenie, że istnieje tutaj jedyna marka tego trunku,"Celtia". Po posiłku udajemy się do dworca kolejowego z zamiarem przejazdu do Kartaginy, ale i tutaj czujemy się osaczeni przez miejscowych. Pomocni stają się nam spotkani przypadkowo Polacy, którzy podróżują większą grupą. Wybierają się do Kartaginy już drugi raz tą trasą, odradzają nam jednak podróż tylko we dwoje. Nastraszeni wybieramy się szerokim deptakiem w stronę plaży, gdzie podziwiamy zasadzone wzdłuż daktylowce. Plaża w Nabeul jest najgorszą jaką widzieliśmy w naszym życiu; śmieci i brud sprawiają, ze nie mamy chęci pozostać tutaj dłużej. W nadziei, że znajdziemy w tym mieście coś, co nas zachwyci, udajemy się do wesołego miasteczka, które niestety o tej porze okazuje się być zamknięte. Nabeul wystarczająco nas przytłacza. Chcemy jak najszybciej wrócić do hotelu. Następnego dnia wybieramy się do najpiękniejszej części Hammametu - Yasmine. To prawdziwy Jaśmin wśród rajskiego ogrodu Tunezji; centrum turystyki w tym regionie, pełne bogatych pięciogwiazdkowych hoteli i drogich samochodów zaparkowanych przy deptakach. Jest tu mnóstwo ludzi rożnej narodowości, począwszy od Rosjan, Polaków i Słowaków, a skończywszy na Amerykanach. Wspaniale jest przejść się po pięknym deptaku prowadzącym na zadbaną plażę. Spacerując nią, można spotkać sprzedawców prażonych orzeszków z małymi kameleonami, z którymi za kilka dinarów można zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Przepiękna plaża prowadzi do jednego z największych portów w tym regionie, można tu podziwiać jachty z całego świata.

Kolejne dni na wielkim lądzie niosą ze sobą chorobę. Niestety dopada mnie gorączka. Kiedy trzeba czegoś na jej obniżenie, to okazuje się, że w apteczce jest antybiotyk i leki na zatrucie, a nie ma zwykłej aspiryny. Udajemy się do pobliskiego sklepu przekonani, że przy kasie będzie pełno killerów bólu. Niestety w Tunezji farmaceutyki nie są tak rozpowszechnione jak w Polsce. Kilka spojrzeń sprzedawcy na moją zmęczoną gorączką twarz sprawiają, że odsprzedaje mi dwie własne tabletki paracetamolu. Następnego dnia niestety czeka nas wycieczka do jedynej w okolicy apteki, która otwarta jest, z przerwami, kilka razy w ciągu dnia. Z lekką bojaźnią prosimy o Ibuprofen, z nadzieją, że te leki też można dostać tutaj bez recepty. W niedzielę, gdy już staję na nogi, wybieramy się do kościoła rzymskokatolickiego. Trudno go znaleźć, gdyż jego budynek nie odróżnia się od pozostałych - na próżno w kraju muzułmańskim szukać monumentalnego krzyża Po mszy świętej odwiedzamy muzeum Hammametu, gdzie można obejrzeć tradycyjne mieszkanie i stroje. Jednak największa atrakcją tego muzeum okazuje się być widok z jego dachu.

Przedostatniego dnia obliczając zyski i straty dochodzimy do wniosku, że możemy pozwolić sobie na wejście do największego w regionie parku rozrywki Cartageland. Oprócz mini zoo z tygrysami, małpami i wielbłądami znajduje się tutaj kilka zjeżdżalni, labiryntów i innych ciekawych obiektów rozrywki. Powoli zbliża się ostatni dzień naszego pobytu. O godzinie 4 w nocy czeka nas odlot do Polski. Pora działa znieczulająco na strach przed lotem. Na lotnisku w naszym kraju o 6 rano wita nas 7-stopniowy ziąb i silny wiatr. Przed nami trudny okres aklimatyzacji do warunków pogodowych panujących w ojczyźnie. Koniec wakacji, czekamy do następnych.

 

Dodano: 2015-02-07 - Autor: Patryk Radzki - Kategoria: Relacje klientów

Komentarze

Infolinia
801 000 515

Dla tel. komórkowych
733 730 70042 632 04 64

Obsługa klienta

poniedziałek - piątek: 9:00 - 21:00

sobota: 9:00 - 21:00

niedziela: 9:00 - 18:00

Content